poniedziałek, 26 października 2009

Terroryści w metrze

Jadę metrem. Tłum dziki. Mało tego tłum spieszący się do pracy (czytaj: tłum zdenerwowany, że znów się spóźnił). A metro co? A metro na luzaka. Stoi na każdej stacji po kilka minut nic nie robiąc sobie z rosnącego ciśnienia tłumu; jakby tego było mało w pewnym momencie zatrzymuje się pomiędzy dwoma stacjami w tunelu i... I nic. Stoi. Tłum zaczyna nerwowo się poruszać. Potem szemrać. Po chwili regularne deliberacje. Głośne. Za głośne. Ale nie ma tego złego, w tłumie pojawia się osoba, która wie o co chodzi i informuje o tym tłum (przypis autora: starszy pan, mocno starszy): że to, to jest zamach terrorystyczny! I to, że on stary jest to nie znaczy, że on internetu nie zna, bo owszem zna i czyta! I tam było napisane, że to tak robią zamachy terrorystyczne!
I cała jazda gotowa!!! Spóźnialscy co znów zaspali, walczący z adrenaliną, którą pompuje świadomość niemiłej konfrontacji z szefem mogą w końcu dać ujście porannej frustracji. Efekt? Gigantyczne awanti w tunelu. Gigantyczne. Acz krótkie, bo w najciekawszym momencie awantury pociąg rusza. I jak za dotknięciem różdżki robi się cisza...
Nawet dziadek nie udowadnia, że to zamach i że internet zna... A szkoda bo może bym się czegoś dowiedziała co jest w tym internecie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz